Szlak latarni morskich – dzień 2

Szczerze powiedziawszy, to już w chwili tworzenia wpisu z dnia pierwszego zastanawiałem się co napisze dnia drugiego. Założyłem, że przez kilka kolejnych dni nie będzie działo się nic szczególnego, ot praca, namiot, kamper, rower, rodzina, plaża… Przecież to będzie zwykły dzień jak co dzień – tylko nie w domu… Oj jak ja się bardzo myliłem…

Oczywiste jest dla mnie że przyjdzie taki dzień, w którym będę miał trudności z napisaniem czegoś sensownego, bo zwyczajnie nie będzie o czym pisać. Jednak dzień drugi nie będzie jeszcze tym problematycznym dniem, mimo, że tego właśnie się spodziewałem.

Co takiego się wydarzyło tego dnia, że warto o tym pisać? Ano tak właściwie to nic… Dzień jak co dzień. Wstałem rano kiedy wszyscy jeszcze spali i chciałem iść na rower – nie mogłem… Lało… Pomyślałem więc że wypije kawę… Nie mogłem… Nie mogłem znaleźć kawy… Więc zabiorę się za pracę… Znów pudło… Nie mogłem po cichu otworzyć sejfu z komputerem bo producent wymyślił sobie, iż fakt prawidłowego otwarcia sejfu obwieści światu fanfarami! Cudownie…

Nie mając większego wyjścia, na powalającej powierzchni 12 metrów kwadratowych kampera, musiałem znaleźć to, co mi potrzebne, przygotować się do pracy i jeszcze przy tym nie obudzić całej załogi… Sukcesu tu nie odtrąbię, w przeciwieństwie do sejfu… Ten chyba był gwoździem do mojej trumny dnia drugiego – obudził do reszty wszystkich… Nawet pies patrzył na mnie przez jakiś czas z wyrzutami… Nastał więc nowy dzień dla reszty załogi. Wcale, ale to nic a nic nie mającej za złe, że dwadzieścia razy otwierałem drzwi kampera – po kubek, myszkę, kawę, mleko, łyżkę, zasilacz, router, itd…

Przyjęli to z godnością… Wstali, burknęli coś o tym jak bardzo się cieszą z porannego wstawania. Z motto na ustach „nic na siłę, jesteśmy na urlopie” – ogarnęli się i poszli na plażę…

I tu pojawia się szok! Objawienie pracy w podróży. Od kiedy pracuje głównie zdalnie, zdążyłem się nauczyć jak ważne jest odseparowanie zadań służbowych od życia prywatnego, jednak kemping to inna bajka… Tu miało być trudniej. Przyjąłem, że dookoła namiotu będą kręcili się ludzie, którzy nawet nieświadomie będą odrywali człowieka od pracy, rozpraszali. W rzeczywistości jednak stało się zupełnie inaczej…

Okazało się bowiem, że na kempingu nie ma tylu rozpraszaczy… Nic nie odciąga mojej uwagi… Siadam i pracuję. Nie ma kurierów, domofonów, dzieci mają zajęcie – no bajka…

Również na jaw wyszło, że dzieci mogą spędzić cały dzień na plaży, w deszczu i nikomu to jakoś szczególnie nie przeszkadza! Okazało się, że lody w deszczu smakują tak samo, tylko szybciej się robią muszelki mokre… Że można jeździć autami elektrycznymi w deszczu, i nadal nikomu to nie przeszkadza… A po całym dniu pełnym wrażeń można liczyć na wsparcie przyjaciela na popołudniowej drzemce… Uwielbiam takie chwile…

Wracając jednak do pracy w kamperze, przyznam, że przyjdzie mi chyba przez te wszystkie dni pracy z namiotu zrewidować swoje wartości życiowe… Wszystkie problemy dnia codziennego, usterki w domu, zaległe prace domowe, problemy z rachunkami, podatkami i wszystkim innym co odwracało naszą uwagę od szczęścia dnia codziennego idzie w niepamięć, kiedy człowiek uświadomi sobie, że prawdziwym problemem może być pytanie „Robić kawę? Czy nie robić?” – a dlaczego to trudne pytanie? No właśnie… Do dziś myślałem, że to oczywiste, dla wielbiciela kawy takiego jak ja, odpowiedź jest zawsze twierdząca! Otóż okazuje się, że w życiu nomadycznym nie koniecznie… Bo z tyłu, za pytaniem o kawę kryje się świadomość, że w zbiorniku z wodą mam tylko 6 litrów wody a zaparzarkę do kawy trzeba umyć przed kawą i po kawie i jeszcze wody nalać na kawę. To są prawdziwe problemy!

No i na koniec awaria – zerwany sznurek moskitiery. Podjąłem próbę naprawienia – jak na razie bezskutecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.